Lubię, gdy rzeczy się mieszają w nieoczywisty sposób. Kino i muzyka – dwa tematy, które skutecznie kradną mi czas i uwagę – czasem wpadają na siebie i robi się z tego coś zaskakująco dobrego. Tak właśnie było ostatnio, kiedy przypadkiem trafiłam do kina na Dziewczynę z Kolonii. Film o kulisach pamiętnego koncertu Keitha Jarretta.
Ido Fluk nie poszedł w klasykę gatunku. To nie jest typowy film muzyczny – nie ma tu długich ujęć z koncertu, ani próby wciągnięcia widza w analizę twórczości Jarretta. Zamiast tego reżyser pokazał, jak bardzo ten koncert mógł się… po prostu nie wydarzyć. I na tym, że za jego kulisami stała zaledwie 18-letnia dziewczyna – Vera Brandes – która zorganizowała to wydarzenie z rozmachem i sercem większym niż jej doświadczenie.

Still from the movie Köln 75 (2025). © Alamode Film.
Nie znałam tej płyty! Tak, wiem...
Wiem, wiem. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie znałam The Köln Concert. Jazz nigdy nie był moim pierwszym wyborem – zawsze było mi bliżej do innych gatunków, a płyta Jarretta po prostu nie zaistniała w moim muzycznym świecie.
Ale coś we mnie zagrało po tym seansie. Przez cały film, a potem jeszcze wieczorem w domu, miałam w głowie jedno pytanie: co to właściwie za muzyka? Co takiego Keith zagrał wtedy w Kolonii, że ten występ przeszedł do historii?
Z kina prosto do winyla
Następnego dnia w pracy zaczęłam opowiadać o filmie – o tej dziewczynie, o koncercie, o tym, że wszystko prawie się posypało… I nagle zawiesiłam się na nazwisku pianisty.
Wtedy za biurka obok pada:
„Aaa, The Köln Concert? Keith Jarrett? Mamy to na winylu!”
I tak, zupełnie przypadkiem, trafiłam na swój pierwszy odsłuch tej płyty – na naszych głośnikach Closer Acoustics. To było jedno z tych przeżyć, po których przez chwilę nie chce się mówić. Naprawdę.
Słuchając tego koncertu czułam się jak Vera w scenie, kiedy widzi Jarretta po raz pierwszy i daje się oczarować jego improwizacji.
Kiedy wszystko idzie nie tak…
Może właśnie dlatego to wykonanie tak mocno mnie poruszyło. Bo tej nocy absolutnie nic nie poszło tak, jak powinno:
fortepian był nie ten – rozstrojony, z uszkodzonymi pedałami;
Keith Jarrett ledwo trzymał się na nogach – zmęczony podróżą, z bolącym kręgosłupem, bliski rezygnacji;
a mimo to – a może właśnie dlatego – wydarzyło się coś wielkiego. Powstało arcydzieło jazzu.
Nigdy nie byłam fanką perfekcji. Ani w muzyce, ani w kinie, ani w ludziach. W niedoskonałościach jest coś prawdziwego. Coś, co trafia głębiej niż dopracowany do granic ideał.
Od jazzowej niewiedzy do nowego muzycznego odkrycia
Teraz The Köln Concert gra u mnie w domu. A ja cieszę się, że dzięki własnej jazzowej ignorancji mogłam odkryć tę płytę w taki sposób – świeżo po dobrym filmie, zainspirowana dobrym winylem i jeszcze lepszym dźwiękiem.
I wiem – jeśli siedzicie w muzyce głęboko – może piszę o rzeczach oczywistych. Ale może gdzieś po drugiej stronie jest ktoś, kto tak jak ja dopiero wchodzi w ten świat. A jeśli już to znacie – to super! Może podrzucicie mi coś, co warto odkryć? Nawet klasyka z metką „kultowe” – może być początkiem czegoś pięknego.
A jeśli jeszcze nie widzieliście filmu Dziewczyna z Kolonii, to naprawdę warto dać mu szansę. To piękne dopełnienie tej muzycznej historii.